— A te szorty? — zapytałam, gdy w bocznej przegródce walizki natknęłam się na plażowe spodenki z palmami.
Artur Górecki zawahał się dosłownie na ułamek sekundy, po czym natychmiast przywdział maskę swobody.
— A, to… W hotelu jest basen. Podgrzewany. No i sauna. Po pracy będziemy z chłopakami wieczorami się wygrzewać po tym całym mrozie.
Brzmiało rozsądnie. Skinęłam głową, nie drążąc tematu.
Chwilę później zniknął za drzwiami, ciągnąc za sobą duży, szary kuferek na kółkach. Wyjechał razem z moimi oszczędnościami i z planami na urlop, które odkładałam w głowie od miesięcy.
Drzwi zatrzasnęły się głucho, a mieszkanie zapadło w martwą ciszę.
Zostałam sama. W dusznym, zakurzonym mieście, gdzie wiosna istniała jedynie w kalendarzu, a za oknem królowała szara breja i wilgoć.
Do pracy chodziłam bezmyślnie, jak automat. Wieczorami wracałam do pustych czterech ścian, podgrzewałam byle jaki obiad i wpatrywałam się w seriale o cudzym, kolorowym życiu.
Samotność bolała fizycznie.
Któregoś dnia postanowiłam zadzwonić do siostry — Darii Wesołowskiej.
Byłyśmy jak ogień i woda. Ja — ciemne włosy, spokojna, poukładana, typ „domowy”, księgowa. Ona — jasna blondynka, modelka, influencerka, wiecznie w drodze, na imprezach i w nowych romansach. Młodsza ode mnie o pięć lat, a zachowująca się, jakby dopiero co skończyła siedemnaście.
Nie łączyła nas wielka zażyłość, bo miałyśmy kompletnie inne światy, ale wciąż była moją siostrą. Kochałam ją. Wspierałam finansowo w trakcie studiów, wyciągałam z kłopotów, gdy coś poszło nie tak.
Wybrałam numer.
— Abonent czasowo niedostępny lub znajduje się poza zasięgiem sieci.
Zdziwiło mnie to. Daria zwykle była nieustannie online. Telefon był jej przedłużeniem ręki. Relacje co kilka minut: „jem sałatkę”, „jadę taksówką”, „kupiłam nową pomadkę”.
Zajrzałam więc na jej profil w mediach społecznościowych. Ostatni wpis sprzed tygodnia — dokładnie z dnia wyjazdu Artura.
Zdjęcie różowej, krzykliwej walizki. Podpis: „Pakowanie na podróż marzeń! Zgadnijcie dokąd? Podpowiedź: gorąco! Tajna misja! Trip Dream Secret”.
Wzruszyłam ramionami. Młoda, pojechała gdzieś z kolejnym adoratorem. Może Dubaj, może coś podobnego.
Minął tydzień.
Artur odzywał się rzadko. Raz na dwa dni. Zawsze to samo: „zajęty”, „narada”, „kiepski zasięg”.
Jego głos jednak mnie niepokoił. Brzmiał zbyt lekko, wręcz podekscytowanie. Bez śladu zmęczenia. A w tle… jakiś dźwięk. Nie biurowy szum, nie wycie wiatru na pustkowiu. Raczej miękki, jednostajny szelest.
Jakby fale.
I muzyka. Rytmiczna, ciepła, latynoska.
— Artur, co to za muzyka? Gdzie ty jesteś?
— Co? Aaa… radio w samochodzie! Jedziemy na teren, kierowca puścił jakieś stare kawałki!
— A ten szum?
— Wiatr! Przecież mówiłem, Łódź, otwarta przestrzeń, wieje tak, że z nóg zwala! Dobra, kochanie, muszę kończyć, zasięg siada!
Sygnał rozłączenia zapiszczał w słuchawce.
W piątkowy wieczór nie mogłam zasnąć. Niepokój ściskał mnie od środka.
Siedziałam w kuchni z kubkiem dawno wystygłej herbaty i bez celu przewijałam aktualności w zakazanej aplikacji, oczywiście przez VPN.
Jedzenie. Koty. Dzieci znajomych ze szkoły. Nuda.
I nagle…
Na górze ekranu mignęło powiadomienie.
„Daria Wesołowska oznaczyła cię na zdjęciu”.
Serce podskoczyło mi do gardła. Daria? W końcu się odezwała?
Kliknęłam.
Zdjęcie ładowało się wieki, internet ledwo zipał.
Najpierw uderzył mnie intensywny błękit nieba.
Potem turkus.
Ocean.
Biały piasek.
A potem ludzie.
Plaża. Dokładnie ta sama, którą znałam z katalogów biura podróży. Malediwy. Rozpoznałam charakterystycznie pochyloną palmę i pomost w oddali. Hotel „Paradise Island”. Znałam go niemal na pamięć.
Na pierwszym planie, na pasiastym leżaku, leżała Daria. W skąpym, czerwonym mikro-bikini, ledwo zakrywającym ciało. Ogromne okulary przeciwsłoneczne, w dłoni drink z kolorową parasolką. Opalona na czekoladowy odcień, promienna, szczęśliwa.
A obok niej…
Obok niej siedział mężczyzna, obejmując ją w talii owłosionym ramieniem. Na nadgarstku miał charakterystyczny zegarek Casio — ten sam, który podarowałam mu pięć lat wcześniej.
Na sobie miał te same szorty w palmy.
Artur Górecki.
Mój mąż.
Ten, który rzekomo marzł „na delegacji w Łodzi”, pracując na mrozie i „ratując firmę”.
Uśmiechał się tak, jak do mnie nie uśmiechał się od lat. Szeroko, zakochanie. Patrzył na nią jak kot na śmietanę.
Podpis pod zdjęciem brzmiał: „Szczęście lubi ciszę… ale nie mogę się nie pochwalić! Mój ukochany zrobił mi bajkę! Mój tygrys! Mój bohater! Dziękuję za raj! Maldives Love MyMan Vacation SisterSorryNotSorry”.
Hasztag: SisterSorryNotSorry.
I oznaczenie. Prosto na twarzy Artura.
To nie był przypadek.
To było celowe. Żeby zabolało. Żeby powiedzieć: „Wygrałam. Jestem młodsza, ładniejsza, ciekawsza. A ty — nudna kura domowa, która sponsoruje nasz luksus”.
Patrzyłam w ekran, a przed oczami robiło mi się ciemno. Pokój falował.
Mój mąż.
I moja siostra.
Za moje pieniądze.
Za te dwieście tysięcy złotych, które odkładałam przez trzy lata, odmawiając sobie najdrobniejszych przyjemności — i pewnie jeszcze więcej, bo Malediwy tanie nie są.
Ukradli mi marzenie.
