— Kornelia Brzezińska, daj spokój… — Artur Górecki mówił podniesionym głosem, próbując zachować pozory rozsądku. — Jesteś inteligentną kobietą, księgową. Umiesz liczyć. Spójrz na liczby bez emocji. Rata za samochód pożera trzydzieści tysięcy. Kredyt hipoteczny to kolejne czterdzieści. Remont u mojej mamy na działce kosztuje nas następne dwadzieścia miesięcznie — dach przecieka, trzeba go pilnie naprawić, bo inaczej dom zacznie gnić. Jakie morze? Jakie Malediwy? Przecież nas na to nie stać. Chcesz, żebyśmy skończyli z długami po uszy i bez grosza?
Krążył po naszej ciasnej kuchni jak zamknięty w klatce. Otwierał szafki, trzaskał drzwiczkami, potrącał naczynia. Nalał wody do szklanki, po czym natychmiast wylał ją do zlewu. Ani razu nie spojrzał mi w oczy, jakby obawiał się, że jestem kontrolerką skarbową, a nie jego żoną.
Siedziałam przy stole, skulona, wpatrzona w ekran laptopa z otwartą stroną biura podróży. Turkus oceanu, śnieżnobiały piasek, palmy pochylone nad bungalowami. To nie była zwykła reklama. To była obietnica. Marzenie, którego trzymałam się od trzech lat z uporem tonącego chwytającego się ostatniej deski ratunku.
— Artur… — odezwałam się cicho, pilnując, by głos mi nie zadrżał. — Przecież odkładałam pieniądze. Celowo. Nie ruszałam premii. Codziennie nosiłam jedzenie z domu. Brałam dodatkowe zlecenia, nocami zamykałam bilanse trzech spółek, kiedy ty spałeś. Na osobnym koncie mam trzysta tysięcy złotych. To wystarczy. Wszystko dokładnie przeliczyłam. Auto może poczekać, a dach u twojej mamy nie zawali się przez dwa tygodnie — eternit wciąż trzyma. My naprawdę potrzebujemy odpoczynku. Od pięciu lat nie byliśmy na prawdziwym urlopie, odkąd wzięliśmy kredyt. Jesteś nerwowy, wybuchasz z byle powodu. Ja sama jestem na skraju załamania, aż drga mi powieka. Musimy pobyć razem, przypomnieć sobie, że jesteśmy małżeństwem, a nie współlokatorami spłacającymi rachunki.
— To nie chodzi wyłącznie o pieniądze! — warknął, a filiżanka w jego dłoniach zabrzęczała niebezpiecznie o spodek. — W pracy mam totalny chaos. Oddanie inwestycji, terminy palą się na czerwono. Generalny wykonawca naciska, szef mnie nie puści. Nie mogę sobie pozwolić na wyjazd i leżenie plackiem, kiedy wszystko się wali. Zwolnią mnie, a wtedy możesz zapomnieć i o Malediwach, i o hipotece!

— Ale tydzień temu mówiłeś, że macie przestój… że projekt jest zamknięty…
— Sytuacja się zmieniła! — przerwał gwałtownie, czerwieniejąc. — Inwestor dorzucił nowe wymagania, poprawki, zmiany. Koniec tematu, Kornelia. W tym roku nie ma żadnego morza. Na majówkę pojedziemy do mamy na działkę, pomożemy w ogrodzie, trzeba poprawić szklarnię, zrobimy grilla. Las, świeże powietrze. Czego ci więcej trzeba?
— Ja nie chcę jechać do twojej mamy… — wyszeptałam, czując, jak łzy parzą mi policzki. — Tam się nie odpoczywa. Tam pracuję na drugą zmianę: pielenie, kopanie, gotowanie dla całej twojej rodziny. Ja marzę o morzu. O tym, żeby leżeć i nic nie robić.
— Nieważne, czego ty chcesz! — uderzył pięścią w stół. — Egoistka! Myślisz tylko o sobie. „Ja chcę, ja chcę”. A ja, między innymi, jadę w delegację. Pilną. Do Łodzi. Na dwa tygodnie. Kontrola odwiertów. Polecenie z góry. Więc siedź spokojnie w domu. I jeszcze jedno — przelej mi pieniądze z tego twojego „malediwskiego” konta. Na bilety i hotel.
— Po co? — zapytałam osłupiała. — Przecież delegacje opłaca firma.
— Firma odda później. Na podstawie rachunków. Teraz muszę wyłożyć swoje. Hotele są drogie, cztery gwiazdki, wydatki reprezentacyjne, kolacje z partnerami… Nie będę jadł zupki instant przy dyrektorze Gazpromu. Muszę wyglądać jak trzeba.
— Ile? — wyszeptałam, czując pustkę w środku.
— Dwieście. Dwieście tysięcy.
— Dwieście tysięcy?! — zabrakło mi tchu. — Artur, to przecież dwie trzecie moich oszczędności. Moje pieniądze na urlop!
— Oddam ci wszystko. Przecież mówię — zwrócą co do złotówki, jeszcze dostanę diety. Nie ufasz własnemu mężowi?
Spojrzał na mnie z takim wyrzutem, że poczułam wstyd. W końcu jedzie pracować. Na chłód, w teren. Dla nas. A ja wyskakuję z plażą i piaskiem.
Przelałam mu pieniądze. Dwieście tysięcy złotych. Palce trzęsły mi się, gdy naciskałam „Wyślij”.
Wierzyłam mu. Byliśmy razem dziesięć lat. Zawsze był moim oparciem — może szorstki, może przesadnie oszczędny, ale solidny. Nigdy wcześniej mnie poważnie nie zawiódł.
Następnego dnia wyjechał.
Pakowałam jego walizkę.
— Nie tęsknij, Kornelka — rzucił wesoło, zakładając płaszcz. Pachniał drogimi perfumami Dior Sauvage, które podarowałam mu na Nowy Rok, oszczędzając na sobie. — Będę dzwonił, ale sama wiesz, jaka jest Łódź… Zasięg bywa kiepski, teren, dojazdy. Nie martw się, jeśli czasem nie odbiorę.
— Uważaj na siebie — powiedziałam, poprawiając mu szalik. — Ubieraj się ciepło. Podobno potrafi tam jeszcze sypnąć śniegiem.
— Jasne. Spakowałem termoaktywną bieliznę.
Zawahałam się, zaglądając do bocznej kieszeni walizki, i już miałam zapytać, po co w delegacji służbowej potrzebne mu są kąpielówki, nie wiedząc jeszcze, jaką odpowiedź za chwilę usłyszę.
