«Moja synowa to pomyłka» — oznajmiła Grażyna Kaczmarek do mikrofonu, wyciągając w moją stronę oskarżycielski palec

To było skandaliczne i głęboko raniące.
Opowieści

Widział to na własne oczy. Był świadkiem tego, jak cię upokarzała, słyszał każde jej słowo. I mimo to stanął po jej stronie.

— Ale może…

— Nie, kochanie. Nie ma żadnych „ale”. Dokonał wyboru. I zrobił to właśnie tamtego dnia — w dniu twojego ślubu, przy setce gości. To nie było potknięcie ani chwilowe zagubienie. To była świadoma decyzja.

Łzy spływały mi po policzkach, jedna za drugą.

— Co ja mam teraz zrobić, tato?

— A czego pragniesz?

— Nie potrafię odpowiedzieć.

Westchnął cicho.

— Miłość sama w sobie nie wystarcza, Paulino — powiedział spokojnie. — Musi jej towarzyszyć szacunek. I odwaga. Wiem, że Nikodem cię kochał. Ale zabrakło mu odwagi, by cię obronić. A bez tego uczucie nie ma fundamentów.

O drugiej w nocy dostałam od niego wiadomość:

„Paulina, przepraszam. Mama dostała ataku paniki, musiałem zawieźć ją do domu. Wrócę jutro, porozmawiamy”.

Odpisałam niemal od razu:

„Nie, Nikodemie. Dziś wybrałeś. Wybrałeś matkę. Żyj z tą decyzją”.

Potem zablokowałam jego numer.

Minęły trzy miesiące.

Rozwód przebiegł bez komplikacji. Nikodem nawet się nie pojawił — wysłał pełnomocnika. Prawnik oznajmił, że jego klient żałuje i prosi o kolejną szansę.

Sędzia spojrzał na mnie znad okularów.

— Czy chce pani spróbować jeszcze raz?

— Nie — odpowiedziałam bez wahania.

Wyrok zapadł.

Dziś siedzę w kawiarni „U Złotej Gęsi”, w restauracji taty. Po weselu zmienił nazwę lokalu. Powiedział wtedy tylko: „Na nowy rozdział”.

Sączę cappuccino, przewracam kartki książki. Za szybą przechodzą zakochane pary, splatają dłonie. I ku własnemu zaskoczeniu — uśmiecham się.

Jeszcze kiedyś będę jedną z nich. Ale u boku kogoś innego. Kogoś, kto potrafi stanąć w obronie.

Telefon drży na stoliku. Wiadomość od Nikodema — z obcego numeru, bo poprzedni zablokowałam:

„Paulina, błagam. Wybacz mi. To był błąd. Zerwałem z mamą, nie mamy kontaktu. Daj mi jeszcze jedną szansę”.

Czytam. A potem kasuję.

Bo mój ojciec miał rację. Wybór dokonany na ślubie nie był pomyłką. Był decyzją.

A ja zasługuję na kogoś, kto wybierze mnie. Zawsze. Od razu. Bez wahania.

Nie na mężczyznę, który wychodzi z własnego wesela z matką.

Tylko na takiego, który dla mnie potrafiłby ją z niego wyprosić.

Ojciec podchodzi do stolika i siada naprzeciwko.

— Jak się trzymasz, Paulino?

— Dobrze, tato. Naprawdę dobrze.

— Pisał?

— Tak. Skasowałam.

Uśmiecha się z dumą.

— Jestem z ciebie dumny.

— Dlaczego?

— Bo wiesz, na co zasługujesz. I nie pozwalasz, by ktoś wmówił ci, że jest inaczej.

Ściskam jego dłoń.

— Dziękuję. Za to wesele. Za to, co wtedy zrobiłeś.

— Nie było za co.

— Było. Wyrzuciłeś mojego pana młodego z naszego ślubu. W swojej restauracji. Przy stu osobach.

— Wyrzuciłem kogoś, kto cię nie szanował — poprawia mnie spokojnie. — To, że był twoim narzeczonym, to tylko szczegół.

Śmieję się i płaczę jednocześnie.

— Co teraz ze mną będzie, tato?

— Będziesz żyć. Spotkasz kogoś innego. Kogoś, kto potrafi powiedzieć „dość”. Kogoś, kto wybierze ciebie — od pierwszej chwili.

— A jeśli nie?

— Spotkasz. Bo masz wartość, Paulino. I właściwy mężczyzna to zobaczy.

Za oknem zaczyna padać śnieg — pierwszy tej zimy.

Patrzę na ulicę. Widzę parę. Mężczyzna obejmuje kobietę i osłania ją płaszczem przed płatkami. Oboje się śmieją.

Tego chcę. I na to zasługuję.

Nie na mężczyznę, który odchodzi ze ślubu z matką.

Lecz na takiego, który dla mnie potrafi ją z niego usunąć.

Ojciec już to zrobił. Pokazał mi, jak wygląda prawdziwa ochrona.

I teraz wiem dokładnie, czego szukać.

I na co już nigdy się nie godzić.

Kontynuacja artykułu

Blaskot