«Z okazji naszej rocznicy ogłaszam rozwód» — powiedziała Roksana, zsuwając obrączkę z palca na śnieżnobiały obrus przy zebranych gościach

Niewiarygodna odwaga ukryta w zwyczajnym uśmiechu.
Opowieści

W kolejnych dniach powtarzało się jedno przesłanie: że postąpiła słusznie.

Tydzień później Patrycja Urbańska wróciła z zakupów i mimochodem wspomniała, że natknęła się na Grzegorza Tomaszewskiego. Stał przy kasach z wózkiem wypchanym mrożonkami i gotowcami. Wyglądał na zaniedbanego, jakby nie spał od dawna, oczy miał przekrwione.

— Zapytałam, co u niego. Odburknął, że matka faktycznie podupadła na zdrowiu i sama już nic nie ogarnia. Musi gotować, sprzątać, chodzić do pracy. Kogoś wynajęli na kilka godzin dziennie, ale to kosztuje fortunę. Sprzedał samochód. Zrezygnował z wędkowania. Na nic nie starcza mu czasu.

Roksana słuchała bez napięcia. Nie poczuła ani satysfakcji, ani współczucia. Jedynie ulgę, czystą i spokojną.

— Pytał o ciebie. Kazał przekazać, że jeśli wrócisz, wszystko będzie inne.

— Nie będzie — odpowiedziała cicho, kręcąc głową. — Po prostu po raz pierwszy zrozumiał, ile to naprawdę znaczyło.

Następnego tygodnia Roksana wynajęła niewielki pokój w kamienicy niedaleko szkoły. Dziesięć metrów, wspólna kuchnia, okno wychodzące na podwórze, gdzie gruchały gołębie. Nic wyjątkowego. Ale należało do niej.

Usiadła na łóżku i objęła wzrokiem puste ściany. Na podłodze stała walizka z całym jej dobytkiem. Tyle zabrała.

Telefon zawibrował. Nieznany numer: „Roksano, tu Halina. Przepraszam. Nie rozumiałam, co robię. Wróć. Zmienię się”.

Przeczytała wiadomość, skasowała ją i odłożyła telefon na parapet.

Na zewnątrz starsza kobieta rozsypywała okruchy, ptaki zlatywały się z hałasem, trzepotały skrzydłami. Pachniało jesienią, mokrym betonem i cudzym obiadem z sąsiedniej kuchni. Nie było w tym zapachu ciężkich perfum teściowej ani jej niekończących się migren. Nie było też Grzegorza, który nigdy nie nauczył się patrzeć uważnie.

Otworzyła okno szerzej. Zimne powietrze uderzyło ją w twarz. Wciągnęła je głęboko, aż poczuła chłód w płucach.

Po raz pierwszy od siedmiu miesięcy położyła się spać o ósmej wieczorem dlatego, że miała na to ochotę. Nie z wyczerpania, lecz z wyboru. Nikt nie zerwie jej z łóżka, domagając się wyprasowanych koszul. Nikt nie zarzuci jej, że robi za mało. Nikt nie będzie wykorzystywał jej ugodowości.

Obudziło ją słońce. Sobota. Nie trzeba wstawać. Można drzemać, wyjść na spacer albo po prostu leżeć. Każda decyzja należała do niej.

W kuchni sąsiadka, Renata Nowakowska, kobieta po pięćdziesiątce, nastawiała czajnik.

— Napijesz się herbaty?

— Chętnie.

Siedziały w ciszy. Za oknem przejeżdżały auta, gołębie kręciły się po bruku, ktoś kłócił się na podwórzu. Zwykły poranek. Cudzy. A jednak jej własny.

Roksana dopiła herbatę, opłukała kubek i spojrzała na swoje odbicie w szybie. Blada, bez makijażu, z potarganymi włosami. Zwyczajna. Wolna. Żywa.

Uśmiechnęła się.

Kontynuacja artykułu

Blaskot