«Z okazji naszej rocznicy ogłaszam rozwód» — powiedziała Roksana, zsuwając obrączkę z palca na śnieżnobiały obrus przy zebranych gościach

Niewiarygodna odwaga ukryta w zwyczajnym uśmiechu.
Opowieści

Krzyk Haliny Marciniakówny przeszedł w pisk.
— Roksana! Gdzie jest jedzenie?! Przecież dałam dokładną listę!

Tuż za nią wszedł Grzegorz Tomaszewski. Rzucił okiem na salon i stół, po czym jego twarz momentalnie poczerwieniała.

— Roksana, kompletnie postradałaś rozum? Ludzie przyszli na rocznicę, a tu nawet talerzy nie ma!

Darł się tak, że głos odbijał się od ścian. Goście demonstracyjnie spuścili wzrok — jedni wpatrywali się w ekrany telefonów, inni w okno albo w puste obrusy. Każdy byle nie w tę scenę.

— Co ty wyprawiasz?! Czy ty w ogóle myślisz?!

Roksana nie odpowiedziała od razu. Spokojnie odstawiła kieliszek na stół, ruchem niemal ceremonialnym. Jej głos był cichy, ale wyraźny.

— To niespodzianka.

Cisza zapadła nagle, jakby ktoś zasunął ciężką kurtynę.

— Z okazji naszej rocznicy ogłaszam rozwód — powiedziała, zsuwając obrączkę z palca. Położyła ją na śnieżnobiałym obrusie; metal zadźwięczał krótko. — Odchodzę. Teraz. W tej chwili.

Grzegorz otworzył usta, zamknął je, po czym spróbował ponownie.

— Ty… przy ludziach? Urządziłaś ten cyrk na oczach gości?!

— Nie cyrk. Prawdę — Roksana sięgnęła po spakowaną wcześniej torbę. — Przez siedem miesięcy byłam waszą służącą. Gotowanie, pranie, sprzątanie — od świtu do nocy. Ani razu nie zapytałeś, jak się czuję. Ani razu nie pomogłeś. Korzystałeś. Dla was obojga byłam po prostu wygodna.

Urszula Wesołowska, jedna z koleżanek teściowej, parsknęła cicho, chowając uśmiech w dłoni. Beata Przybylska skinęła głową — ledwie dostrzegalnie, ale z pełnym zrozumieniem.

— Roksanko, kochanie, poczekaj, porozmawiamy — Halina Marciniakówna ruszyła ku niej z wyciągniętymi dłońmi, lśniącymi od świeżego manicure. — Jesteś zmęczona, to wszystko. Zatrudnimy pomoc, prawda, Grzesiu?

— Za późno — Roksana odwróciła się w stronę drzwi.

Grzegorz rzucił się za nią i chwycił ją za ramię.

— Stój! Nie możesz tak po prostu wyjść!

— Mogę — wyswobodziła się jednym ruchem. — I właśnie to robię.

Otworzyła drzwi. Jeszcze usłyszała za plecami spanikowany głos Grzegorza do telefonu:
— Halo? Restauracja? Potrzebuję natychmiastowego cateringu na osiem osób! Teraz! Zapłacę, ile trzeba!

Zamknęła za sobą drzwi i wyszła na klatkę schodową. Wyjęła telefon i napisała do Patrycji Urbańskiej: „Mogę do ciebie przyjechać?”

Odpowiedź przyszła natychmiast: „Przyjeżdżaj, głupia. Dawno powinnaś to zrobić”.

U Patrycji spędziła tydzień. Spała na rozkładanym łóżku, chodziła do pracy, a wieczorami siedziała przy oknie w milczeniu. Patrycja nie zadawała pytań.

Grzegorz dzwonił przez trzy dni. Najpierw krzyczał i żądał powrotu, potem błagał i obiecywał zmiany. Roksana odbierała bez słowa i rozłączała się. Czwartego dnia napisał: „Mama leży. Jest naprawdę źle. Zadowolona?”

Zablokowała numer.

Za to odezwała się Beata Przybylska: „Roksano, przepraszam, że piszę. Zrobiłaś to, na co ja nie miałam odwagi przez trzydzieści lat z taką teściową. Jesteś silna”.

Potem Urszula Wesołowska. Potem jeszcze ktoś. Wszyscy pisali w podobnym tonie, jakby ta jedna decyzja uruchomiła lawinę cudzych, długo skrywanych myśli.

Kontynuacja artykułu

Blaskot