Te pieniądze były dokładnie tymi samymi, które przez miesiące odkładała na porządny płaszcz. Teraz zniknęły bezpowrotnie.
Halina Marciniakówna pojawiła się przy śniadaniu w jedwabnym szlafroku. Gdy tylko zauważyła Roksanę ubraną odświętnie, jej usta zacisnęły się w wąską linię.
— A ty dokąd tak wystrojona? — rzuciła oschle. — Przecież dziś masz stać przy garach od rana do nocy. Idź się przebrać.
— Mam swoje sprawy — odpowiedziała spokojnie Roksana i podała jej kopertę. — To dla pani. Prezent na rocznicę.
Teściowa otworzyła ją odruchowo. Gdy zobaczyła zawartość, uniosła brwi.
— Spa? Roksanko, jakie to urocze… — zawahała się po chwili. — Ale dziś chyba nie dam rady. Muszę wszystkiego dopilnować, goście, stół…
Roksana usiadła naprzeciwko niej i nie odrywając wzroku powiedziała cicho, lecz stanowczo:
— Chce pani przecież wyglądać olśniewająco przy Urszuli. Proszę sobie wyobrazić jej minę, gdy zobaczy panią tak wypoczętą i promienną. Każdy zapyta, gdzie przeszła pani taką metamorfozę. A przyjęciem zajmę się ja. Proszę się nie martwić.
Zapadła cisza. Palce Haliny Marciniakówny przesuwały się po krawędzi koperty. Po chwili zwyciężyła próżność.
— No dobrze… — westchnęła. — Urszula zawsze się chwali swoją kosmetyczką. Grzegorz mnie zawiezie?
— Oczywiście — odparła Roksana i zawołała męża.
Grzegorz Tomaszewski pojawił się w drzwiach zaspany i poirytowany. Wysłuchał w milczeniu, burknął coś na znak zgody. Po pół godzinie oboje wyszli z domu. W mieszkaniu zapadła cisza.
Roksana poszła do sypialni. Wyjęła z szafy czarną sukienkę kupioną dzień wcześniej w lumpeksie oraz buty na obcasie. Zadzwoniła do Patrycji Urbańskiej, znajomej, która dorabiała jako wizażystka. O siedemnastej wszystko było gotowe: fryzura, makijaż, strój. Spojrzała w lustro i ledwie rozpoznała kobietę po drugiej stronie. Była żywa. Obecna.
Do kuchni nawet nie zajrzała.
Pierwsi goście zaczęli się schodzić około wpół do siódmej. Beata Przybylska, postawna kobieta o donośnym głosie, weszła do salonu i nagle stanęła jak wryta.
Stół wyglądał perfekcyjnie: śnieżnobiały obrus bez jednej zmarszczki, zapalone świece, kryształowe kieliszki, komplet sztućców dla ośmiu osób. Wszystko dopięte na ostatni guzik.
Poza jednym.
Nie było jedzenia.
— Roksanko… a gdzie przekąski? — zapytała niepewnie Beata, odwracając się.
— Niespodzianka — odparła z uśmiechem Roksana. — Czekamy na bohaterów wieczoru.
Schodzili się kolejni goście: przyjaciółki Haliny Marciniakówny, współpracownicy Grzegorza. Kwiaty, prezenty, eleganckie stroje. Siadali, spoglądali po sobie, zerali na pusty stół. Ktoś zażartował o nowoczesnym poście. Śmiech był nerwowy.
Roksana nalewała wodę mineralną do kieliszków. Uśmiechała się. Czekała.
Dokładnie o dziewiętnastej wrócili Grzegorz z matką. Halina Marciniakówna niemal wpłynęła do przedpokoju — skóra promienna po zabiegach, włosy ułożone w miękkie fale, dłonie z idealnym manicure. Zrzuciła płaszcz i weszła do salonu.
Zatrzymała się gwałtownie.
Pusty stół. Osiem par oczu utkwionych w przestrzeni. Roksana w czarnej sukience, stojąca z kieliszkiem wody.
— Co… co to ma znaczyć?! — głos Haliny Marciniakówny załamał się.
