— Roksano Wysokińska, ja ułożę menu, a ty wszystko przygotujesz — Halina Marciniakówna podała jej plik kartek, zapisanych drobnym pismem, aż na trzech stronach. — Sama bym stanęła przy kuchni, ale ręce mi dokuczają, ten nieszczęsny artretyzm nie daje spokoju.
Roksana przejrzała listę. Przystawki na zimno, dania na ciepło, kilka sałatek i aż trzy różne desery. Na rocznicę swojego małżeństwa z Grzegorzem Tomaszewskim teściowa zaprosiła osiem osób. Oczywiście bez pytania kogokolwiek o zdanie.
— Może lepiej coś zamówić? — zaproponowała ostrożnie Roksana, unosząc wzrok znad kartek.
— Zamówić?! — Halina teatralnie rozłożyła ręce, zupełnie sprawne i pozbawione jakichkolwiek oznak bólu. — Co pomyślą moje koleżanki? Że nie umiemy godnie przyjąć gości? Nie ma mowy. Pokaż, kochana, na co cię stać.
Roksana złożyła kartki na cztery części. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Mały kwadrat papieru wylądował na stole.

— Dobrze. Zobaczą.
Siedem miesięcy wcześniej, tuż po ślubie cywilnym, Grzegorz oznajmił, że „na chwilę” zamieszkają z jego matką. Ta chwila szybko zmieniła się w stały układ. Halina Marciniakówna, wdowa od siedmiu lat, zajmowała samotnie trzypokojowe mieszkanie i bardzo cierpiała. Nie z powodu samotności — ta jej nie doskwierała. Znacznie gorzej znosiła konieczność gotowania i sprzątania.
Już drugiego dnia po weselu dopadła ją migrena.
— Roksanko, złota, głowa mi pęka, nawet się podnieść nie mogę. Może coś ugotujesz? — poprosiła słabym głosem.
Roksana ugotowała. Posprzątała. Wstawiła pranie. Wieczorem Halina cudownie wyzdrowiała i wyszła do salonu fryzjerskiego. Wróciła wypoczęta, z lśniącą fryzurą pachnącą drogim kosmetykiem.
Migreny pojawiały się zawsze wtedy, gdy trzeba było gotować. Zawroty głowy — przed sprzątaniem. Artretyzm atakował przy zmywaniu naczyń i znikał, gdy teściowa przeglądała kolorowe magazyny albo buszowała po sklepach.
Grzegorz albo tego nie widział, albo nie chciał dostrzec.
— No i co z tego? Mama jest schorowana. Ty jesteś młoda, dasz sobie radę.
Radziła sobie. Codziennie wstawała o piątej, szykowała śniadanie dla trójki domowników, jechała do pracy z pierwszakami, wracała około osiemnastej i do późnego wieczora prała, sprzątała i gotowała na następny dzień. Grzegorz wracał, jadł kolację i siadał przed telewizorem. Czasem pytał, czemu ona „ciągle chodzi naburmuszona”.
Chudła. Pod oczami pojawiły się cienie, dłonie zrobiły się szorstkie, paznokcie zaczęły się łamać. W lustrze widziała obcą kobietę — zmęczoną, postarzałą i jakby pustą w środku.
Trzy tygodnie temu Halina ogłosiła, że wyprawia rocznicę.
W dniu uroczystości Roksana obudziła się jak zwykle o piątej, lecz tym razem ominęła kuchnię. Założyła dżinsy i jasną bluzkę, starannie się umalowała. Z szafy wyjęła pudełko z kopertą — całodniowy voucher do spa. Kupiła go za swoje ostatnie oszczędności i zamknęła pudełko z cichym westchnieniem, gotowa na to, co miało wydarzyć się dalej.
