«ty mówisz, że mama jedynie odwleka śmierć. A ja… ja widzę, że ona żyje» — odezwał się Igor, a jego głos zadrżał

Poruszające, jak choroba obnaża ludzkie wybory.
Opowieści

Drzwi pozostały uchylone. Na korytarzu, tuż przy progu, stali naprzeciwko siebie.

Karol Brzeziński i Igor Grabowski.

Lidia Tomaszewska wstrzymała oddech, jakby każdy szmer mógł zdradzić jej obecność.

— Igor — odezwał się Karol przyciszonym głosem — musimy o tym porozmawiać.

— Wiem — odpowiedział Igor bez wahania. — Domyślam się, po co przyszedłeś.

Karol wypuścił powietrze z płuc ciężkim westchnieniem.

— Lekarz mi powiedział. Konkretną kwotę. Igor… to jest obłęd. Czyste szaleństwo.

Serce Lidii zaczęło bić szybciej, niemal boleśnie.

— To nie jest obłęd — odparł Igor spokojnie, niemal szeptem. — To jest życie mamy.

— Igor — ton Karola stwardniał — mama choruje od pięciu lat. Pięciu. Dawali jej trzy. Minęło już pięć. A teraz znowu… kolejna terapia. Kolejne pieniądze. Kolejna nadzieja. Tylko że… jak długo jeszcze?

Igor nie odpowiedział.

Karol mówił dalej, jakby cisza była dla niego zaproszeniem.

— Jesteś młody. Masz trzydzieści pięć lat. Własną firmę. Plany. Przyszłość. Te pieniądze mógłbyś zainwestować. Przeznaczyć na coś, co daje rozwój, sens, nowe życie. A nie… nie tylko odsuwanie końca.

Lidia poczuła, jak gorąca łza spływa jej po policzku.

I wtedy Igor powiedział coś, po czym Lidia znów niemal przestała oddychać.

Słowa, na które czekała od pięciu lat.

I których przez pięć lat najbardziej się bała.

— Karol — odezwał się Igor, a jego głos zadrżał — ty mówisz, że mama jedynie odwleka śmierć. A ja… ja widzę, że ona żyje. Tylko ty tego nie dostrzegasz.

Zapadła cisza. Lidia usłyszała ruch — ktoś zrobił krok do przodu, zapewne Karol.

— Jak to: nie dostrzegam? — zapytał cicho, lecz w jego tonie pobrzmiewała złość.

— To znaczy — wyjaśnił Igor — że od trzech lat tu nie bywasz. Nie widzisz, jaka mama jest teraz. Ty widzisz tylko liczby. Pięć lat. Trzy lata. Koszty. Terapie. Ale nie widzisz jej samej. Nie widzisz mamy.

— Igor, nie pouczaj mnie…

— Ja cię nie pouczam — przerwał mu Igor, a Lidia usłyszała w jego głosie płacz. — Ale ty po prostu nie wiesz. Nie masz pojęcia, jak wyglądało te ostatnie pięć lat.

Znowu zapadła cisza. Igor wziął głęboki oddech.

— Karol… mama przez całe życie była twarda. Pamiętasz? Kiedy tata umarł, mieliśmy dziesięć i osiemnaście lat. Mama nie płakała. Pracowała. Dźwigała wszystko sama. Nigdy nikogo o nic nie prosiła. Nigdy.

Karol milczał.

— A przez te ostatnie pięć lat… — ciągnął Igor — przez te pięć lat mama się zmieniła. Nie stała się słabsza. Stała się… kimś innym. Kimś, kogo wcześniej nie znałem.

— Igor, mama jest chora…

— Wiem, że jest chora! — głos Igora podniósł się. — Ale to nie znaczy, że nie żyje. Przez te pięć lat rozmawiałem z nią więcej niż przez poprzednie trzydzieści. Bo teraz mama nie jest już tą zamkniętą w sobie, niezniszczalną kobietą, która wszystko dusiła w środku. Teraz… teraz się bała. Płakała. I powiedziała mi, że boi się umrzeć.

Lidia zamknęła oczy, zaciskając zęby, by powstrzymać szloch.

— I ja — mówił dalej Igor — po raz pierwszy w życiu naprawdę ją zobaczyłem. Nie maszynę do pracy, gotowania i radzenia sobie ze wszystkim. Tylko człowieka. Kogoś, kto się boi. Kogoś, kto kocha. Kogoś, kto… kto kocha mnie.

Przez długą chwilę nikt się nie odezwał.

— Igor — powiedział w końcu Karol ciszej — ja też kocham mamę.

— To czemu tu nie jesteś? — zapytał Igor. — Czemu cię przy niej nie ma?

Karol znów westchnął.

— Bo… bo Milena…

— Milena! — w głosie Igora pojawiła się gorycz. — Milena twierdzi, że wystarczy. Że pięć lat to dość. Że to wyrzucanie pieniędzy. A ty… ty jej słuchasz.

— Igor, Milena jest moją żoną…

— A mama… mama kim jest? — zapytał Igor, a pytanie zawisło w powietrzu, gotowe przejść w odpowiedź, której Lidia bała się najbardziej.

Kontynuacja artykułu

Blaskot