«ty mówisz, że mama jedynie odwleka śmierć. A ja… ja widzę, że ona żyje» — odezwał się Igor, a jego głos zadrżał

Poruszające, jak choroba obnaża ludzkie wybory.
Opowieści

Lidia Tomaszewska leżała na szpitalnym łóżku, dłonią opierając się o krawędź kołdry, wpatrzona bezmyślnie w jasny sufit. Po każdej chemii wyglądało to tak samo: skrajne wyczerpanie, pustka w środku, jakby ktoś powoli wypompowywał z niej resztki sił życiowych. Trwało to już pięć lat. Pięć lat od chwili, gdy usłyszała diagnozę raka piersi i gdy całe jej dotychczasowe życie rozpadło się na części.

Pięć długich lat.

Lekarze dawali jej trzy. Najwyżej. A jednak wciąż była tutaj. Wciąż walczyła. Nadal… nadal oddychała.

Choć bywały dni, kiedy sama nie potrafiła odpowiedzieć sobie na pytanie, po co.

Przy jej łóżku siedział młodszy syn, Igor Grabowski, oparty o metalowe krzesło, z wzrokiem wbitym w ekran telefonu. Miał trzydzieści pięć lat, był jeszcze młody, ambitny, prowadził dobrze prosperujący biznes. Trzy lata wcześniej wystartował z własną firmą i teraz… teraz wszystko układało się po jego myśli. Nowy samochód, nowe mieszkanie, stabilność.

I co miesiąc przelewał Lidii pieniądze. Na leki. Na kolejne terapie. Na prywatne wizyty.

Nigdy go o to nie prosiła. Przynajmniej przez pierwsze trzy lata. Jednak przez ostatnie dwa… przez ostatnie dwa nie miała już wyboru. Skromna emerytura nie wystarczała na kosztowne leczenie. A Igor… Igor po prostu wysyłał przelew. Zawsze na początku miesiąca. Bez pytań, bez przypominania.

Ale dziś… dziś było inaczej.

Tego dnia to Lidia zdobyła się na prośbę.

Lekarz poinformował ją o nowej metodzie leczenia. Eksperymentalnej. Kosztownej. Bardzo kosztownej. Ale istniała szansa… niewielka, lecz realna, że da jej jeszcze kilka lat.

A Lidia… Lidia bardzo chciała te lata dostać.

Gdy Igor usłyszał kwotę, momentalnie pobladł. Nie zaprotestował. Nie odmówił. Skinął tylko głową i powiedział cicho: „Dobrze, mamo. Jakoś to załatwię”.

Jednak ona widziała jego twarz. Widziała, że to… że to ogromny ciężar. Być może zbyt duży.

Właśnie wtedy, gdy Lidia leżała nieruchomo na łóżku, a Igor znów zerknął w telefon, do sali wszedł ktoś jeszcze.

Karol Brzeziński. Starszy syn. Czterdzieści dwa lata, dwójka dzieci, stała praca, żona, dom na obrzeżach miasta.

Karol od trzech lat nie dołożył się do leczenia matki ani groszem.

Lidia nigdy go o to nie pytała. Ale znała powód. Jego żona, Milena Głowacka. To ona mówiła: „Pięć lat choroby. Pięć lat. Ile jeszcze będziemy ją utrzymywać?”.

Lidia słyszała te słowa. Przypadkiem. Dwa lata wcześniej, gdy Karol rozmawiał z Mileną na szpitalnym korytarzu, a ona właśnie wyszła z toalety.

Od tamtej pory Karol pojawiał się rzadko. A jeśli już przychodził, ograniczał się do krótkiego: „Jak się czujesz, mamo?” — po czym szybko znikał.

Tym razem jednak był tutaj.

Igor uniósł wzrok.

— Cześć, Karol — odezwał się półgłosem.

Karol skinął głową.

— Cześć. Jak mama?

Igor spojrzał na Lidię. Kobieta spróbowała się uśmiechnąć.

— Lepiej — odpowiedziała cicho, choć nie była to prawda.

Karol usiadł na drugim krześle, po przeciwnej stronie łóżka. Zapadła cisza. Gęsta, niezręczna, dusząca.

Po chwili Igor wstał.

— Skoczę po kawę — rzucił. — Karol, idziesz?

Starszy brat przytaknął i również się podniósł.

Lidia patrzyła, jak wychodzą. Wiedziała, o czym będą rozmawiać. Wiedziała, że Igor poda kwotę. Wiedziała też, co Karol odpowie. Dokładnie to, co Milena powtarzała od lat.

„Dość. Pięć lat choroby. Pięć lat”.

Nie mogła nic zrobić. Leżała tylko bez ruchu, obserwując, jak drzwi za jej synami się zamykają.

Została sama.

I wtedy… wtedy to usłyszała.

Głosy. Na korytarzu. Karol i Igor. Rozmawiali spokojnie, bez podniesionych tonów, ale Lidia i tak wszystko słyszała.

Bo drzwi… drzwi nie domknęły się do końca, pozostając lekko uchylone.

Kontynuacja artykułu

Blaskot