— Czy naprawdę jestem dla was wrogiem? — wyrwało się Halinie Tomaszewskiej przez łzy. — Przecież ja chcę tylko waszego dobra.
Edyta spojrzała na nią uważnie, a w jej głosie nie było już ostrości, jedynie zmęczona stanowczość.
— Wiem, pani Halino — odparła łagodnie. — Ale nawet najlepsze intencje nie dają prawa do przekraczania cudzych granic.
Artur Wysokiński wstał powoli z kanapy i podszedł do matki. Przykucnął obok jej krzesła, jakby znów był chłopcem, który próbuje ją uspokoić.
— Mamo, nie jesteś naszym przeciwnikiem — powiedział cicho. — Jesteś dla mnie najważniejszą kobietą po Edycie. Ale mam żonę. I to z nią muszę budować własną rodzinę, na własnych zasadach.
Halina podniosła na niego zapłakane oczy.
— A ja? Kim teraz jestem? Nikim?
— Jesteś moją mamą. I zawsze nią będziesz — odpowiedział bez wahania. — Tylko że ty mieszkasz u siebie, a my tutaj. Każdy w swoim domu.
Przez dłuższą chwilę w pokoju panowała cisza. W końcu Halina drżącymi palcami sięgnęła do torebki i wyjęła pęk kluczy.
— Dobrze — szepnęła. — Skoro tak chcecie, proszę. Weźcie je. Pamiętaj jednak, Arturze: matka jest jedna, a żony bywają różne.
Położyła klucze na stole i ruszyła w stronę wyjścia.
— Mamo, poczekaj… — zawołał Artur, idąc za nią.
— Nic się nie stało, synku — odparła, nie odwracając się. — Od teraz będę dzwonić wcześniej. Jak obca osoba.
Drzwi zamknęły się cicho. W mieszkaniu zostali tylko Artur i Edyta.
— No i co? — rzucił zmęczonym głosem. — Zadowolona?
Edyta podeszła do niego i objęła go mocno.
— Wiem, że to dla ciebie trudne — powiedziała spokojnie. — Ale to była dobra decyzja. Za długo odkładaliśmy tę rozmowę.
— A jeśli teraz całkiem się od nas odsunie?
— Nie zrobi tego. Jest rozsądną kobietą. Zrozumie, że granice nie są odrzuceniem, tylko formą szacunku.
Artur wziął ze stołu klucze i obracał je chwilę w dłoni.
— Obyś miała rację.
Tydzień później Halina zadzwoniła. W jej głosie słychać było lekką urazę, ale brzmiała spokojnie.
— Arturze, mogę jutro do was wpaść? Upiekłam szarlotkę.
— Oczywiście, mamo. Zapraszamy.
— A Edyta?
— Edyta też.
— W porządku. Przyjdę o czternastej, jeśli pasuje.
Po zakończeniu rozmowy Artur spojrzał na żonę.
— Jutro przyjedzie mama. Z ciastem.
Edyta uśmiechnęła się z ulgą.
— Widzisz? Mówiłam, że zrozumie.
— Tak… Dziękuję ci. Gdyby nie ty, dalej tkwiłbym w roli „synka mamusi”.
— Nie jesteś nim — odpowiedziała spokojnie. — Jesteś dobrym człowiekiem, który nie chciał nikogo zranić. Ale czasem trzeba być twardym, żeby ochronić własną rodzinę.
Artur przytulił ją mocniej.
— Od tego tygodnia śpię znacznie spokojniej. Nie mam już wrażenia, że ktoś stale nas obserwuje.
— Ja też — przyznała. — W końcu mamy prawdziwy dom. Naszą przestrzeń, gdzie to my ustalamy zasady.
Gdy następnego dnia Halina przyszła w odwiedziny, była gościem. Wyczekiwanym i mile widzianym. Ale jednak gościem. I właśnie to oznaczało, że między miłością do rodziców a niezależnością młodej rodziny pojawiła się wreszcie zdrowa równowaga.
Artur zrozumiał, że bycie dobrym synem nie polega na oddawaniu kontroli nad własnym życiem. Edyta natomiast pojęła, że czasem trzeba zawalczyć o swoje granice, nawet jeśli sprawia to ból bliskim.
Relacja z teściową poprawiła się, bo stała się uczciwsza. Halina przestała czuć się panią domu, ale zyskała rolę pełnoprawnego, oczekiwanego gościa. I to było lepsze dla wszystkich.
A kiedy miesiąc później Edyta oznajmiła mężowi, że spodziewają się dziecka, pierwszą osobą, do której zadzwonili, była Halina Tomaszewska. Bo rola babci to zupełnie coś innego — i do niej była przygotowana znacznie lepiej niż do roli osoby rządzącej całym domem.
