— Jestem! — rozległ się głos z głębi mieszkania.
Edyta Czerwińska spojrzała wymownie na Artura Wysokińskiego. W jej oczach było jedno, nieme „a nie mówiłam?”.
Halina Tomaszewska weszła do kuchni pewnym krokiem, ściskając w dłoni ciężką torbę wypchaną po brzegi zakupami.
— Arturku, ugotowałam ci w domu barszcz. Pomyślałam, że przywiozę, żebyś miał porządny obiad. A Edyta… — machnęła ręką z pobłażliwym uśmiechem — chyba już zapomniała, jak się gotuje. Jest też ziemniak z mięsem. Przecież wiesz, jak bardzo lubisz moje ziemniaczki.
Edyta poczuła, jak policzki zaczynają ją piec. Każda wizyta teściowej wyglądała podobnie — pod pozorem troski zawsze pojawiały się drobne, ale dotkliwe uszczypliwości.
— Dziękuję, pani Halino — odpowiedziała spokojnie, choć z wysiłkiem — ale gotuję sama dla mojego męża. I naprawdę dajemy sobie radę.
— Oczywiście, oczywiście — rzuciła Halina, nieco zbyt szybko. — Tylko że domowe, matczyne jedzenie jest zdrowsze. Prawda, Arturek?
Artur siedział jak na szpilkach. Gęste powietrze między dwiema kobietami niemal dało się kroić nożem, a on kompletnie nie wiedział, po której stronie stanąć ani co powiedzieć.
— Mamo… dziękuję, ale naprawdę nie musiałaś specjalnie przyjeżdżać — odezwał się w końcu.
— Nie przesadzaj, to żaden wysiłek. Mieszkam przecież blisko — wzruszyła ramionami. — A tak w ogóle, Edyto, zauważyłam rano, że w łazience odkleiła się jedna płytka. Artur powinien się tym zająć w weekend.
Edyta mimowolnie zacisnęła dłonie w pięści. Teściowa nie ograniczyła się do przywiezienia obiadu — najwyraźniej zrobiła dokładny rekonesans całego mieszkania.
— Rano? — zapytała chłodno. — A kiedy dokładnie pani to zauważyła?
— No… zajrzałam dziś wcześnie — zaczęła Halina, wyraźnie zmieszana. — Chciałam sprawdzić, jak Artur śpi. Wczoraj był taki zmęczony. A po drodze zerknęłam do łazienki.
— Po drodze… dokąd? — dopytała Edyta, nie spuszczając z niej wzroku.
Teściowa zamilkła, szukając słów.
— To bez znaczenia — ucięła po chwili. — Ważne, że trzeba to naprawić.
Edyta wstała od stołu. Granica jej cierpliwości właśnie została przekroczona.
— Pani Halino, czy naprawdę nie uważa pani za dziwne wchodzenie rano do cudzego mieszkania i zaglądanie do wszystkich pomieszczeń?
— Jakiego cudzego?! — oburzyła się Halina. — To jest mieszkanie mojego syna!
— Mojego męża i jego żony — poprawiła ją stanowczo Edyta. — I mamy prawo do prywatności.
— Edyta… — Artur próbował wtrącić się pojednawczo.
Ale Edyta już nie potrafiła się zatrzymać.
— Nie, Arturze. Dość. Naprawdę dość. Pani Halino, bardzo panią proszę: oddajcie nam klucze do naszego mieszkania.
Zapadła cisza tak ciężka, że aż bolała. Halina najpierw pobladła, potem jej twarz zalał rumieniec.
— Słucham?! — uniosła głos. — Żądacie, żebym oddała klucze do mieszkania własnego syna?!
— Proszę jedynie o szacunek dla naszych granic — odpowiedziała Edyta spokojniej. — Jeśli chce pani przyjść, proszę zadzwonić wcześniej. Tak funkcjonują normalne rodziny.
— Normalne może i tak, ale nie nasza! — Halina zwróciła się gwałtownie do Artura. — Arturze! Pozwolisz tej… tej synowej wyrzucać własną matkę z twojego domu?!
Wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Artur spuścił głowę i milczał. Nigdy wcześniej nie czuł się tak rozdarty. Z jednej strony matka, która po rozwodzie samotnie go wychowała. Z drugiej — żona, którą kochał i która miała pełne prawo domagać się tego, o co walczyła.
— Mamo… — zaczął cicho. — Może Edyta ma rację. Może naprawdę potrzebujemy trochę więcej… przestrzeni tylko dla siebie.
Halina spojrzała na niego tak, jakby właśnie wbił jej nóż w plecy.
— Czyli… stajesz po jej stronie?
— To nie jest kwestia stron — odpowiedział z trudem. — Po prostu uważam, że małżeństwo powinno żyć samodzielnie.
Teściowa osunęła się na krzesło. Po jej policzkach popłynęły łzy.
— A więc już mnie nie potrzebujecie. Jestem wam zbędna. Obca.
Edyta poczuła ukłucie współczucia. Nie chciała doprowadzić starszej kobiety do płaczu. Ale cofnięcie się teraz nie wchodziło w grę.
— Pani Halino, nie jest pani obca — powiedziała ciszej. — Jest pani matką Artura. Tylko każdy musi mieć swoje miejsce i swoje granice.
— Jakie granice… — wyszlochała Halina, a jej głos zadrżał, zapowiadając kolejne słowa.
