— Jeśli jeszcze raz zobaczę twoją matkę w naszej sypialni o szóstej rano, wyrzucę ją stąd razem z tobą! — krzyknęła Edyta Czerwińska, gdy dotarło do niej, że jej cierpliwość została bezpowrotnie wyczerpana.
Artur Wysokiński wrócił właśnie z nocnej zmiany w fabryce. Był skrajnie zmęczony, obolały i marzył jedynie o ciszy, gorącym prysznicu oraz kilku godzinach snu. Zamiast tego zderzył się z gwałtownym wybuchem emocji, który w jednej chwili rozbił resztki spokoju, jakie w sobie nosił.
Wszystko zaczęło się od tego, że Halina Tomaszewska ponownie użyła zapasowego klucza. Był to już szósty raz w ciągu jednego miesiąca. Edyta obudziła się nad ranem z niejasnym, niepokojącym poczuciem czyjejś obecności. Gdy otworzyła oczy, zobaczyła sylwetkę teściowej stojącej tuż przy łóżku i wpatrującej się uważnie w śpiącego syna.
— Czy ona kompletnie postradała zmysły? — wyszeptała wtedy Edyta do siebie, obserwując, jak Halina Tomaszewska bezszelestnie opuszcza sypialnię.
Przy śniadaniu teściowa spokojnym tonem wyjaśniła, że chciała jedynie sprawdzić, czy Artur dobrze odpoczywa po ciężkiej pracy. Dodała przy tym, że serce matki nigdy nie śpi i zawsze musi czuwać. Edyta nie skomentowała tego ani słowem, lecz w środku gotowała się z bezsilnej wściekłości.

Teraz, gdy Artur wrócił do domu, wszystkie tłumione emocje eksplodowały.
— Ty w ogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co wyprawia twoja matka? — Edyta krążyła po kuchni, gwałtownie gestykulując. — Wchodzi do naszej sypialni, jakby to był jej prywatny pokój! Sprawdza, jak śpisz! Mam trzydzieści lat, Artur, a czuję się, jakbym była dzieckiem w przedszkolu pod stałym nadzorem opiekunki!
Artur ciężko opadł na krzesło. W uszach wciąż dudnił mu rytmiczny hałas maszyn, a podniesiony głos żony tylko pogłębiał ból głowy.
— Edyta, proszę, nie krzycz — powiedział zmęczonym głosem. — Mama się po prostu martwi. Nie robi tego ze złych intencji.
Te słowa okazały się iskrą. Edyta odwróciła się gwałtownie, a Artur po raz pierwszy dostrzegł w jej spojrzeniu coś więcej niż gniew — lodowatą determinację.
— Nie robi nic złego? Słyszysz w ogóle siebie? Twoja matka zamieniła nasze mieszkanie w przechodni dworzec! Ma klucze do wszystkich drzwi, przychodzi, kiedy chce, chodzi, gdzie chce! A ty wciąż usprawiedliwiasz to szaleństwo!
— To nie jest szaleństwo — próbował się bronić Artur. — Jest samotna, martwi się…
— Samotna? — Edyta parsknęła śmiechem, w którym nie było ani krzty radości. — Ona nie jest samotna. Ona kontroluje! Chce decydować o naszym życiu! I co najgorsze — udaje jej się to, bo jej na to pozwalasz!
Artur poczuł się, jakby ktoś ścisnął go w imadle. Z jednej strony stała żona, wyraźnie zraniona i przytłoczona zachowaniem teściowej. Z drugiej — matka, faktycznie sama, dla której on był całym światem.
— Edyta, spróbujmy porozmawiać spokojnie. Pójdę do mamy, wytłumaczę jej…
— Wytłumaczysz?! — przerwała mu, podchodząc tuż pod jego twarz. — Już sto razy jej „tłumaczyłeś”. I jaki jest efekt? Przychodzi jeszcze częściej! Teraz nie tylko słychać klucze na korytarzu, ale ona porusza się po mieszkaniu jak duch!
Edyta podeszła do okna i spojrzała w dół na podwórko. Na ławce pod ich oknami siedziała Halina Tomaszewska. Trzymała gazetę, lecz co jakiś czas unosiła wzrok i zerkała w stronę ich mieszkania.
— Spójrz, Artur. Tam jest twoja matka. Siedzi na ławce i obserwuje nasze okna. Jak ochroniarz. Jak… ktoś, kto nas śledzi.
Artur podszedł bliżej. Rzeczywiście — jego matka była na podwórzu. Z pozoru nie było w tym nic nadzwyczajnego, często przesiadywała na świeżym powietrzu. Jednak po słowach Edyty obraz ten nabrał zupełnie innego znaczenia.
— Przecież ona tylko siedzi… co w tym takiego dziwnego?
