— Wiktor — odezwała się cicho Elżbieta Michalakówna. — Słyszałam was.
Na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie, jakby nagle stracił grunt pod nogami.
— Co masz na myśli? — zapytał niepewnie.
— Słyszałam rozmowę — powtórzyła spokojnie. — Ciebie i doktora Tadeusza Rutkowskiego. Ściany są cienkie. Nie umknęło mi ani jedno słowo.
Wiktor pobladł. Opuścił ramiona, przysiadł na krześle obok niej i zakrył twarz dłońmi.
— Elu… ja… przepraszam. Nie chciałem, żebyś…
— Nie mów „przepraszam” — przerwała mu, sięgając po jego rękę. — Proszę.
Uniósł głowę. W jego oczach szkliły się łzy.
— Myślałem, że po tych wszystkich terapiach nie jesteś już w stanie płakać — wyszeptał.
— To nie przez leczenie — odpowiedziała łagodnie. — Płaczę, bo przez dwadzieścia pięć lat byłam przekonana, że się znamy. Że naprawdę jesteśmy razem. A dziś zrozumiałam, że tylko istnieliśmy obok siebie, nie widząc się nawzajem.
Pokręcił głową, bezradny.
— Elżbieto…
— Ale teraz — mówiła dalej, ściskając jego dłoń mocniej — po raz pierwszy czuję, że naprawdę cię dostrzegam. Takiego, jaki jesteś. I że ty wreszcie widzisz mnie.
Wiktor pochylił się i oparł czoło o jej czoło, jakby chciał skrócić dystans do zera.
— Zawsze sądziłam, że jesteś mną przytłoczony — szepnęła. — Że zrujnowałam ci życie.
— Niczego nie zniszczyłaś — odparł cicho. — Wręcz przeciwnie. Ocaliłaś mnie. Dzięki tobie dopiero teraz uczę się, jak to jest żyć naprawdę, a nie tylko funkcjonować.
Elżbieta objęła go ramionami. Po raz pierwszy od bardzo dawna miała pewność: to nie jest koniec drogi. To dopiero jej początek.
W drodze powrotnej siedzieli w samochodzie w milczeniu. Wiktor prowadził, trzymając jej dłoń. Słowa były zbędne — wszystko stało się jasne.
Gdy dotarli do domu, nie pobiegł do kuchni, nie włączył pralki ani nie szukał sobie zajęcia. Usiadł obok niej na kanapie i znów ujął jej rękę.
— Co teraz zrobimy? — zapytała z uśmiechem.
— Nic — odpowiedział. — Po prostu będę tu. Z tobą.
I w tej chwili Elżbieta zrozumiała, że darem nie była choroba. Darem była lekcja, jaką im przyniosła — nauka obecności, której nie potrafili pojąć przez ćwierć wieku.
Bycie naprawdę obok. Uważnie. Całym sobą.
Choroba mogła coś odebrać. Ale oddała im to, co najważniejsze.
Odzyskali siebie nawzajem.
