— …bo ja dopiero teraz — mówił dalej Wiktor Piotrowski, łamiącym się głosem — kiedy Elżbieta jest chora… kiedy naprawdę muszę przy niej być, pomagać jej w najprostszych rzeczach… dopiero teraz nauczyłem się ją kochać. Tak naprawdę. Nie z przyzwyczajenia. Nie dlatego, że tak wypada. Tylko dlatego, że wreszcie zobaczyłem, kim ona jest. I ja… ja nie wiem, jak jej powiedzieć, że… że nie jestem tu z poczucia obowiązku. Że zostaję, bo po raz pierwszy w życiu… po raz pierwszy czuję, że ona jest moim miejscem. Moim człowiekiem.
Elżbieta, leżąc nieruchomo, słyszała każde słowo. Głos Wiktora drżał coraz bardziej, jakby każde kolejne zdanie kosztowało go ogromny wysiłek.
— Boję się też — ciągnął — że jeśli jej to powiem… ona uzna, że próbuję ją tylko pocieszyć. Albo że… że to ze mną jest coś nie w porządku. Że to mnie trzeba leczyć, a nie ją. Że mówię tak, bo ona jest słaba, a ja… ja sobie coś wmówiłem.
— Wiktorze — odezwał się spokojnie doktor Tadeusz Rutkowski — możliwe, że jest dokładnie odwrotnie. Może Elżbieta czuje to samo.
— Nie — zaprzeczył natychmiast, a Elżbieta usłyszała w jego głosie rozpacz. — Ona myśli, że jest ciężarem. Widzę to za każdym razem. W jej spojrzeniu, w tym, jak przeprasza za własną chorobę. Gdy mówi: „Przepraszam, Wiktorze, wiem, że jesteś zmęczony”. A ja… ja nie potrafię jej powiedzieć, że wcale nie jestem zmęczony. Ja się boję. Naprawdę się boję, że kiedy wyzdrowieje, zapomnę, jak się kocha w ten sposób. Że wrócimy do dawnej codzienności, gdzie wszystko robi się bezmyślnie, z rozpędu, i już nigdy nie patrzy się na siebie tak, jak teraz.
Doktor Rutkowski milczał dłuższą chwilę, pozwalając, by słowa wybrzmiały.
— Wiktorze — powiedział w końcu — proszę powiedzieć jej dokładnie to samo. Słowo w słowo. Tak, jak pan to przed chwilą ujął.
— Nie potrafię — wyszeptał Wiktor. — Naprawdę nie wiem, jak zacząć.
— W takim razie musi pan ten sposób odnaleźć — odparł lekarz stanowczo. — Jeśli pan tego nie zrobi… ten strach i to uczucie, które teraz pan nosi w sobie, zwyczajnie znikną. I wtedy rzeczywiście wrócicie do starego życia.
Dwadzieścia minut później pielęgniarka weszła do sali i sprawnym ruchem wyjęła wenflon z ramienia Elżbiety.
— Gotowe — oznajmiła z łagodnym uśmiechem. — Proszę chwilę odpocząć, a potem będzie można wracać do domu.
Elżbieta skinęła głową, choć nie była w stanie wydobyć z siebie ani słowa. Łzy wciąż znaczyły jej policzki.
Kilka minut później drzwi się otworzyły. Wiktor wszedł do środka, zatrzymał się w progu i spojrzał na nią uważnie.
— Wszystko w porządku? — zapytał cicho.
Elżbieta uniosła wzrok. Zobaczyła jego twarz — zmęczoną, bladą — i coś jeszcze w jego oczach, coś, czego dawno u niego nie widziała.
