«Dopiero teraz nauczyłem się ją kochać.» — wyznał Wiktor łamiącym się głosem, nieświadoma żona słuchała zza ściany

To szokująco piękne i przerażająco prawdziwe odkrycie.
Opowieści

…że gdyby czasem wyjechał gdzieś na krótko, żeby się zatrzymać, odpocząć i zaczerpnąć powietrza.

Elżbieta Michalakówna poczuła, jak gorąca łza spływa jej po policzku, zostawiając wilgotny ślad.

— I co mu odpowiedziałeś? — zapytał spokojnie Tadeusz Rutkowski.

— Powiedziałem, że nie ma racji — głos Wiktora Piotrowskiego wyraźnie się załamał. — Że nikt tego nie rozumie. Elżbieta myśli, że ja się poświęcam. Że dźwigam jakiś ciężar. Że wszystko to jest ofiarą. A to nieprawda. Ja niczego nie dźwigam.

Elżbieta spróbowała unieść rękę, by otrzeć mokre policzki, ale wenflon napiął skórę na przedramieniu i zmusił ją do bezruchu. Leżała więc tylko, wsłuchując się w każde słowo.

— Jesteśmy małżeństwem od dwudziestu pięciu lat — ciągnął Wiktor. — Ćwierć wieku. I z tego czasu… przez dwadzieścia cztery lata wszystko działo się jak według schematu. Wstaję, praca, powrót do domu, kolacja, sen. Dzień po dniu identyczny. To nie było złe życie. Tylko… puste.

Elżbiecie ścisnęło się gardło, a w klatce piersiowej pojawił się znajomy, bolesny ucisk.

— Ale te ostatnie osiem miesięcy… — Wiktor nagle zamilkł. Elżbieta usłyszała cichy dźwięk, jakby szkło dotknęło blatu; pewnie lekarz odstawił szklankę. — Te osiem miesięcy, panie doktorze… ja naprawdę nie wiem, jak to ubrać w słowa. Kiedy pomagam Elżbiecie wstać… kiedy trzymam ją za rękę, bo się boi… kiedy idę z nią tutaj i czekam na korytarzu… kiedy wracamy do domu, a ona opowiada mi coś, co przeczytała… ja dopiero teraz czuję, że naprawdę z nią jestem.

Płacz wyrwał się Elżbiecie bez kontroli. Łzy spływały po skroniach i wsiąkały w poduszkę.

— Rozumie pan? — zapytał Wiktor. — Przez dwadzieścia pięć lat żyliśmy obok siebie. A teraz… teraz po raz pierwszy mam wrażenie, że ją znam. Że widzę, jaka jest naprawdę. Jak bardzo jest silna. Jak niewiarygodnie odważna. I jak strasznie… jak strasznie boję się, że ją stracę.

— Wiktorze — odezwał się Tadeusz Rutkowski tonem opanowanym i rzeczowym — rokowania Elżbiety nie są złe. Leczenie przynosi efekty. Jest realna szansa.

— Wiem — odpowiedział Wiktor bez wahania. — Ale to nie tego się boję.

— W takim razie czego?

— Tego, że… jeśli Elżbieta wyzdrowieje… jeśli przez to przejdzie… to wrócimy do dawnego życia. A wtedy ja… wtedy znowu ją stracę. Nie przez śmierć. Tylko przez przyzwyczajenie.

Twarz Elżbiety wykrzywiła się w niemym bólu. Nie potrafiła zrozumieć. Sens tych słów wymykał jej się całkowicie.

— Nie rozumiem — powiedział lekarz, jakby wypowiedział jej własną myśl.

— Panie doktorze — głos Wiktora był już niebezpiecznie blisko płaczu.

Kontynuacja artykułu

Blaskot