«Dopiero teraz nauczyłem się ją kochać.» — wyznał Wiktor łamiącym się głosem, nieświadoma żona słuchała zza ściany

To szokująco piękne i przerażająco prawdziwe odkrycie.
Opowieści

Elżbieta Michalakówna leżała na wąskim łóżku zabiegowym. W żyle tkwiła kaniula, a ona bezmyślnie wpatrywała się w krople powoli spływające w przezroczystym przewodzie kroplówki. Jeszcze dwadzieścia minut. Tylko tyle dzieliło ją od końca wlewu i od chwili, gdy wreszcie będzie mogła wrócić do domu.

Pielęgniarka wyszła, cicho domykając drzwi. W sterylnym, białym pomieszczeniu zapadła cisza, w której Elżbieta została sama. I wtedy to usłyszała.

Głosy. Dochodzące zza ściany, z gabinetu lekarza.

Na początku nie przywiązywała do nich wagi. Dopiero po chwili dotarło do niej, że jeden z nich zna aż za dobrze.

Wiktor Piotrowski. Jej mąż.

Ciało Elżbiety zesztywniało. Co on robi u lekarza, i to teraz?

— Dziękuję, że znalazł pan dla mnie chwilę, panie doktorze — głos Wiktora brzmiał wyraźnie, jakby mur między pokojami nie istniał.

— Oczywiście — odpowiedział dr Tadeusz Rutkowski. — Od miesięcy jest pan przy żonie każdego dnia. Uznałem, że rozmowa jest potrzebna.

Serce Elżbiety przyspieszyło. O czym oni rozmawiają? Dlaczego Wiktor nie powiedział, że zamierza wejść do gabinetu?

— Jak pan się czuje? — zapytał lekarz.

Przez dłuższą chwilę nie padła odpowiedź. Elżbieta usłyszała ciężkie westchnienie.

— Szczerze?

— Szczerze.

— Jestem wyczerpany — odezwał się Wiktor cicho. — Potwornie zmęczony.

Elżbieta zacisnęła powieki. Oczywiście. Jak mogłoby być inaczej. Od ośmiu miesięcy wozi ją po szpitalach, robi zakupy, gotuje, sprząta. Od ośmiu miesięcy trwa przy niej, gdy chemioterapia odbiera jej siły i godność. Od ośmiu miesięcy patrzy, jak powoli znika.

A ja… ja byłam przekonana, że tego po nim nie widać.

Otworzyła oczy i znów skupiła wzrok na kroplach. Osiemnaście minut. Nie mogła wstać. Nie mogła wyjść. Pozostało jej tylko słuchać.

— Zmęczenie opiekunów to nic niezwykłego — powiedział dr Rutkowski. — Często są bardziej obciążeni niż sami pacjenci.

— Wiem — przyznał Wiktor. — Ale nie po to tu przyszedłem.

Elżbiecie zabrakło tchu.

— W takim razie po co?

Wiktor nabrał powietrza.

— Chodzi o to, że… że nie chcę przestawać.

— Nie bardzo rozumiem — odparł lekarz.

— Mój brat… — głos Wiktora lekko zadrżał. — W zeszłym tygodniu powiedział mi, żebym też zadbał o siebie. Żebym się nie wypalił. Że Elżbieta… że Elżbieta zrozumiałaby, gdybym czasem potrzebował odejść na chwilę, odpocząć i złapać oddech, i właśnie do tego nawiązywał, kontynuując swoją myśl.

Kontynuacja artykułu

Blaskot