Z kartek dało się jeszcze wyłowić urwane hasła: „nie mogę”, „czekaj”, „ranny”, „słyszymy głosy”. Charakter pisma wskazywał jednoznacznie na Mariusza Kaczmarka. Jeden zapis sprawił, że w jaskini zapadła cisza tak gęsta, jakby ktoś odciął powietrze:
„Nie jestem w stanie się ruszyć.
Ona musi tu zostać…”
Zdanie urywało się bez wyjaśnienia.
— Mariusz odniósł obrażenia — powiedział cicho Sławomir Bielecki. — A Eliza… Eliza wciąż wtedy oddychała.
Nie odnaleziono jednak żadnych szczątków. To nie było wszystko. Na ścianie, w równych odstępach, ktoś wycinał znaki — trzy pionowe rysy, powtarzane raz po raz. Co najmniej trzydzieści. Ktoś odmierzał czas. Około miesiąca uwięzienia.
Wraz z narastającym napięciem obszar poszukiwań rozszerzano. Wtedy natrafiono na coś, co nie pasowało do żadnej układanki: nowoczesną linę, założoną stosunkowo niedawno, nienależącą ani do zaginionych, ani do ekip ratunkowych.
— Ktoś jeszcze tu był — stwierdził Bielecki, wpatrując się w nieruchomą skałę.
Góra milczała.
Odpowiedź przyszła dopiero nazajutrz. Trzeci dzień okazał się przełomowy. Wysoko ponad wejściem, w stromym, pionowym korytarzu, ratownicy zauważyli ledwie widoczny ślad stopy — świeży. Zbyt świeży, by pochodził sprzed pięciu lat. I zbyt delikatny, by należał do dorosłego.
Kilka godzin później, spod luźnych kamieni, wydobyto niewielki wisiorek w kształcie gwiazdy. Ulubiony Elizy. Tego nigdy nie zdejmowała.
Potem nastąpiło odkrycie, które uciszyło całą dolinę. Na skalnej półce, ukryty w suchych krzakach, leżał metalowy zestaw pierwszej pomocy — zardzewiały, ale pozostawiony celowo. W środku bandaże, resztki leków… oraz starannie złożona kartka w plastikowej osłonie.
Bielecki rozłożył ją ostrożnie. Drżące pismo bez wątpliwości należało do Mariusza:
„Jeśli ktoś to czyta, proszę, pomóż jej.
To nie jej wina.
On wrócił, ale nie był już tym samym człowiekiem.
Nie mogliśmy zejść. Wołaliśmy o pomoc.
Jeśli Eliza żyje, wiedz, że…”
