Zespół szykował się na pytania, co do których nie mieli pewności, czy naprawdę chcą poznać odpowiedzi. Góry jednak nie zamierzały współpracować. Szczelina w skale miała zaledwie pół metra szerokości, opadała stromo w dół i ciągnęła się wysoko ku górze, jakby przecinała masyw na pół.
Część śledczych zakładała, że Mariusz Kaczmarek mógł spróbować zejść w pobliżu — w poszukiwaniu schronienia albo skrótu — i nieumyślnie uwięzić siebie oraz Elizę Sawicką. Sławomir Bielecki szybko jednak natrafił na elementy, które nie pasowały do tej wersji. Plecak nosił ślady jedynie minimalnych uszkodzeń. Co więcej, na mapie widniało świeże oznaczenie wykonane ołówkiem — znak, którego nie było na żadnym z egzemplarzy analizowanych podczas dochodzenia w 2020 roku.
— To się nie składa w całość — mruknął. — Jeśli Mariusz zaznaczył to już po zagubieniu… to po co?
Wznowione postępowanie błyskawicznie zamieniło się w labirynt hipotez. Następnego ranka, gdy ratownicy zeszli głębiej w rozpadlinę, natknęli się na znalezisko, które całkowicie odmieniło bieg sprawy. O świcie rozpoczęli opuszczanie się w dół; skała pochłaniała liny i światło czołówek. Osiem metrów niżej zauważyli fragment czerwonej tkaniny — kawałek kurtki Mariusza, nie rozerwany przez upadek, lecz naderwany celowo, jakby pozostawiony umyślnie.
— Oznaczał trasę — stwierdził Bielecki. — Chciał, żeby ktoś ich znalazł.
Trzy metry niżej pojawiła się kolejna zagadka: metalowe opakowanie po żywności z terminem ważności sięgającym dwóch lat po ich zniknięciu. — Czy ktoś mógł tu przetrwać? — zapytał półgłosem technik. — Albo ktoś ich odnalazł — odparł Bielecki. — I nigdy o tym nie powiedział.
Szczelina rozszerzała się dalej w nieregularną komorę. Pod warstwą pyłu leżały ślady prowizorycznego obozu: koc termiczny, pusta puszka, fragmenty lin — oraz, przesiąknięty wilgocią w jednym rogu, kolejny notes, z którego ocalały pojedyncze, urwane słowa zapowiadające dramatyczną relację.
