Córkę nazwali Martą — na cześć dziadka.
Urodziła się w czerwcu, kiedy pasieka brzęczała, miód lał się złotymi strugami, a Mariusz nauczył się już zdejmować ramki bez lęku. Konrad trzymał dziewczynkę na rękach tak ostrożnie, jakby bał się ją złamać, a Anna widziała, jak drżą mu palce.
— Jest do ciebie podobna — powiedział cicho.
— Do nas — poprawiła Anna.
Paweł raz napisał z kolonii karnej. Prosił o pieniądze na paczkę. Anna przeczytała, skasowała i więcej o tym nie myślała.
Pewnego wieczoru, kiedy Mariusz już spał, a Marta posapywała w kołysce, Anna i Konrad siedzieli na ganku. Pszczoły brzęczały — równo, kojąco.
— Żałowałaś kiedyś? — zapytał Konrad. — Że wtedy nie sprzedałaś?
Anna spojrzała na niego. Potem na dom. Na ule. Na pole ciemniejące w zmierzchu.
— Ani razu — powiedziała. — A ty? Że nie odszedłeś?
Ujął jej dłoń. Ścisnął.
— Ani razu.
Pszczoły brzęczały. I w tym brzęczeniu było coś właściwego. Coś ich.
Rok później na pasiekę przyjechała Ewa. Wysiadła z obcego samochodu — postarzała, w taniej kurtce, bez dawnej pewności siebie. Anna właśnie sortowała ramki z miodem. Mariusz pomagał, nosił puste skrzynki.
— Anna — zawołała Ewa cicho.
Anna odwróciła się. Nie zdziwiła się. Po prostu patrzyła.
— Muszę porozmawiać — Ewa zrobiła krok bliżej. — Wyszyłam niedawno. Warunkowo. Nie mam… gdzie mieszkać. Pomyślałam, że może ty…
Nie dokończyła. Anna odstawiła ramkę na stół. Wytarła ręce o fartuch.
— Może mam ci dać pieniędzy? — zapytała spokojnie. — Albo pracy? Albo wolnego pokoju?
Ewa kiwnęła głową, w oczach mignęła nadzieja.
— Nie — powiedziała Anna. — Nic z tego ci nie dam.
— Ale ja…
— Chciałaś odebrać mi wszystko. Dom. Ziemię. Ostatnie, co miałam. A teraz przyszłaś prosić?
Ewa milczała. Potem spuściła głowę.
— Naprawdę nie mam dokąd pójść.
— Wiesz — Anna zrobiła krok bliżej, a jej głos stał się cichszy, twardszy — kiedy rozwalałaś mi życie, o tym nie myślałaś. Kiedy przyjeżdżałaś tu z fałszywymi papierami, też nie myślałaś. Kiedy twoi ludzie wybijali drzwi nocą i strzelali do człowieka, który mnie bronił, też o tym nie myślałaś. Więc teraz to nie mój problem, dokąd pójdziesz.
Ewa stała bez ruchu, nie podnosząc wzroku.
— Odejdź — powiedziała Anna. — I nie wracaj.
Ewa odwróciła się i ruszyła w stronę drogi. Powoli. Zgarbiona. Anna patrzyła za nią i nie czuła ani żalu, ani złości. Tylko ulgę.
Mariusz podszedł i ujął ją za rękę.
— Kto to był? — zapytał.
— Nikt — odparła Anna. — Zupełnie nikt.
Wieczorem, kiedy Konrad wrócił z pokosu, Anna opowiedziała mu o Ewie. Słuchał w milczeniu, potem kiwnął głową.
— Dobrze zrobiłaś.
— Myślisz?
— Wiem — objął ją. — Niektórym ludziom trzeba dać drugą szansę. A niektórym — tylko pokazać drzwi.
Anna przytuliła się do niego. Gdzieś w domu płakała Marta. Mariusz głośno czytał jakąś książkę. Za oknem brzęczały pszczoły.
I Anna po raz pierwszy od wielu lat pomyślała, że życie to nie to, co ci dano. Tylko to, co postanowiłaś zatrzymać. I o co postanowiłaś walczyć.
Spojrzała na Konrada.
— Dziękuję — powiedziała. — Że nie odszedłeś.
— Dziękuję — odpowiedział. — Że nie sprzedałaś.
Stali tak, obejmując się, aż za oknem całkiem ściemniało. A pszczoły wciąż brzęczały. I w tym brzęczeniu było wszystko, czego trzeba: dom, rodzina, ziemia. I prawo nazywać to swoim.
