Trzeci wrzeszczał coś o oczach.
Anna wybiegła z domu. Zobaczyła Konrada — stał nieruchomo, cały oblepiony pszczołami. Twarz, ręce, szyja. Nie krzyczał. Tylko patrzył na nią.
— Biegnij do domu — wyszeptał.
Jeden z mężczyzn, ten z łomem, wyciągnął z kieszeni pistolet. Ręka mu drżała, twarz miał spuchniętą.
Strzał.
Konrad upadł.
Odjechali po minucie. Odpalili silnik, nie oglądając się, i pogonili drogą, wciąż odganiając się od pszczół.
Anna podpełzła do Konrada. Leżał na boku, ciężko oddychał. Krew sączyła się z nogi — tej samej, chromiej.
— Konrad — spróbowała go podnieść. — Wstawaj, proszę.
— Nie mogę — zacisnął zęby. — Nie słucha mnie.
— Zadzwonię po pomoc, zaraz, zaraz…
— Nie będzie zasięgu do rana — zamknął oczy. — Zaciskaj czymś. Pasek. Lina.
Zerwała z siebie szalik, owinęła powyżej rany, zaciągnęła. Ręce tak jej się trzęsły, że węzeł nie trzymał. Spróbowała jeszcze raz. Jeszcze.
— Czemu wróciłeś? — zapytała, gdy krew trochę ustała.
— Nie mogłem odejść — otworzył oczy. — Dziadek prosił. Gdyby co — żebym za ciebie odpowiadał.
— Przecież nie wiedziałeś, że oni przyjadą.
— Wiedziałem — Konrad uśmiechnął się przez ból. — Wieś mała. Ewę widzieli. Mówili, że obcy chłopy kręcą się drogą. Po prostu… czekałem przy szopie. Każdej nocy czekałem.
Anna patrzyła na niego. Na twarz całą w użądleniach. Na ręce, które już zaczynały puchnąć. Na nogę, z której wciąż sączyła się krew.
— Mogłeś się nie wtrącać.
— Mogłem — odwrócił wzrok. — Ale raz już się nie wtrąciłem. Wtedy straciłem przyjaciela. Nie chcę więcej.
Rano przyjechała policja. Anna dodzwoniła się, jak tylko pojawił się zasięg. Konrada zabrano karetką. Mężczyzn znaleziono po dwóch godzinach — siedzieli w szpitalu w sąsiednim powiecie, spuchnięci, jeden prawie oślepł. Wydali wszystkich. I Pawła, i Ewę.
Złapano ich w mieście tego samego dnia. Paweł próbował zwalić wszystko na Ewę. Ona — na niego. W końcu oboje trafili za kratki.
Anna złożyła pozew o rozwód po tygodniu.
Konrada wypisano po miesiącu. Noga zrosła się źle — jeszcze gorzej niż była. Ale nie narzekał. Wrócił na pasiekę. Anna przywitała go na ganku gorącą zupą i czystą pościelą.
— Jak noga? — zapytała.
— Kuleję — wzruszył ramionami. — Za to żyję.
Zrobiła krok bliżej.
— Konrad, chciałam ci powiedzieć…
— Nie trzeba — pokręcił głową. — Nie po to.
— To po co?
Patrzył na nią długo. Potem na ule. Potem znowu na nią.
— Po to, żebyś już więcej nie uciekała.
Tydzień później Anna dowiedziała się o Mariuszu. Chłopiec mieszkał w domu dziecka, a Konrad co miesiąc do niego jeździł — przywoził miód, książki, zabawki. Nie mógł zostać opiekunem — niepełnosprawność, samotność, brak mieszkania.
— Czemu mi nie powiedziałeś? — zapytała Anna.
— A co tu mówić? I tak nic by się nie zmieniło — Konrad naprawiał ul, nie podnosząc wzroku.
— Zmieni — usiadła obok. — Jeśli go weźmiemy.
Zastygł.
— My?
— Mam teraz dom. Pasiekę. Ciebie. Myślę, że to wystarczy.
Konrad spojrzał na nią tak, jakby nie wierzył, że coś takiego w ogóle może się wydarzyć.
— Mówisz serio?
— Serio.
Mariusza zabrali w listopadzie. Chudy, milczący ośmiolatek, który bał się pszczół i nie umiał się uśmiechać. Ale nauczył się. Przez zimę.
A wiosną Anna zorientowała się, że jest w ciąży.
Lekarka powiedziała, że to niemożliwe. Anna odparła, że widocznie jednak możliwe.
Córeczkę nazwali Martą — na cześć dziadka.
