Obok stoi facet w masce.
Twój mąż ma długi. Sprzedaj pasiekę, albo będzie gorzej.
Anna patrzyła na ekran, a serce waliło jej w gardle. Spróbowała oddzwonić do Pawła — nie odebrał. Napisała — nie odpisał.
Kupująca przyjechała dwa dni później. Ewa. Wysoka, pewna siebie, w białym płaszczu, który od razu ubrudził się o furtkę.
– Pani Anna? Powiedziano mi, że jest pani gotowa sprzedać.
– Ja… nie wiem.
– Nie przeciągajmy — Ewa wyciągnęła teczkę z papierami, położyła na stole. — Przecież potrzebują państwo pieniędzy, prawda? Oto umowa. Proszę podpisać tutaj, tutaj i tutaj.
Anna wzięła długopis. Ręce jej drżały. Myślała o Pawle, o tym nagraniu, o facecie w masce.
Ewa wyjęła telefon — żeby sprawdzić godzinę. Ekran rozbłysnął. I Anna zobaczyła.
Tapeta. Zdjęcie. Paweł. W piżamie. Obejmuje Ewę w pasie, całuje ją w szyję.
– To… — Anna nie dokończyła.
Ewa szybko schowała telefon, ale było już za późno.
– Jesteście razem — powiedziała Anna nie jak pytanie, tylko jak wyrok.
– Słuchaj, a co ci do tego? Podpisuj — Ewa uderzyła dłonią w stół.
– On nie jest w żadnej piwnicy. Żadni bandyci.
– No i co z tego? — Ewa wyprostowała się, a na jej twarzy pojawił się krzywy uśmiech. — I tak nic z tym nie zrobisz. On chce pieniędzy. Ja chcę tej ziemi. A ty? Ty tylko przeszkadzasz.
– Wynoś się — Anna wstała. Wzięła umowę. Podarła ją.
– Pożałujesz — Ewa chwyciła torebkę. — Bardzo pożałujesz.
Trzasnęła drzwiami tak mocno, że zadrżała szyba.
Przyjechali w nocy. Anna obudziła się od łomotu do drzwi — chamskiego, natarczywego.
– Otwieraj! Dawaj dokumenty!
Wyjrzała przez okno. Czterech. Krzepcy faceci. Jeden z łomem.
Anna cofnęła się od drzwi. Serce biło tak mocno, że miała wrażenie, że wyskoczy z piersi. Chwyciła telefon — nie było zasięgu.
– Zaraz wywalimy drzwi. Lepiej sama otwórz — głos był spokojny, zwyczajny.
Słyszała, jak rozmawiają między sobą. Ktoś obszedł dom. Ktoś szarpał okiennice.
– Nie wygłupiaj się. Twój mąż ma dług. Chcesz, żeby miał gorzej?
Anna oparła się plecami o piec. Dokumenty leżały w torbie. Wszystko, czego potrzebowali — świadectwa, umowa, pieczęcie.
I wtedy drzwi trzasnęły. Jeden cios. Drugi.
Anna krzyknęła.
Konrad pojawił się skądś z boku — z ciemności, od strony stodoły. Kij w rękach. Ciągnąca się za nim chora noga, ale szedł szybko, prawie biegł.
– Odejdźcie od domu — powiedział cicho.
Mężczyźni odwrócili się. Jeden parsknął śmiechem.
– Co, kulawy? Spadaj, póki cały.
– Ostatni raz mówię. Odejdźcie.
– Wal się.
Pierwszy ruszył na niego. Konrad uderzył kijem — szybko, w splot słoneczny. Facet zgiął się, zacharczał. Drugi rzucił się z pięściami. Konrad uchylił się, uderzył go w kolano. Trzask. Wrzeszczący krzyk.
Ale było ich czterech.
Jeden złapał Konrada od tyłu, wykręcił mu ręce. Drugi zamachnął się łomem. Konrad próbował się wyrwać, ale chora noga go zawiodła — upadł na kolano.
I wtedy zrobił coś, czego nikt się nie spodziewał.
Rzucił się w stronę uli i kopnął w skrajny. Ten się zachwiał. Kolejne kopnięcie. Ul przewrócił się, rozpadł.
Brzęczenie stało się ogłuszające.
Pszczoły wyleciały rojem — czarnym, wibrującym obłokiem wściekłości. Rzuciły się na wszystkich. Na mężczyzn. Na Konrada.
Krzyki. Przekleństwa. Jeden biegł do samochodu, zasłaniając twarz rękami. Drugi upadł, turlał się po ziemi, wrzeszczał. Trzeci wrzeszczał coś o oczach.
