— Sprzedaj — powiedział Paweł, nawet nie podnosząc wzroku znad telefonu. — Nie masz tam czego szukać.
Anna stała pośrodku salonu z papierami w rękach. Notariusz właśnie wyszedł. Pasieka dziadka Eugeniusza. Dwadzieścia uli, dom z piecem, osiem arów przy lesie.
— Przecież tam są pszczoły — szepnęła. — Dziadek całe życie się nimi zajmował.
— Dziadek odszedł, jeśli nie zauważyłaś. A ty jesteś bibliotekarką. Jakie pszczoły?
W końcu na nią spojrzał — wzrokiem człowieka patrzącego na rzecz, która uparcie nie chce stanąć na miejscu.

— Mogę spróbować — sama nie wiedziała, skąd jej się to wzięło.
Paweł parsknął śmiechem.
— Serio? Zdechniesz tam z nudów po tygodniu. Sprzedaj, zanim znajdę ci kupca.
— Nie chcę.
Wstał i podszedł blisko. Anna poczuła zapach jego perfum — ostry, drogi, obcy.
— Posłuchaj mnie uważnie. Mieszkasz w moim mieszkaniu, jeździsz moim samochodem, jesz za to, co ja zarabiam — jego głos stał się cichszy, ale ostrzejszy. — A jedynej rzeczy, którą mogłaś mi dać, dać nie możesz. To chociaż to zrób porządnie.
Mówił o dziecku. O tym, czego nie było. O diagnozach, które znała na pamięć.
Anna milczała.
— Sprzedaj — powtórzył i wrócił na kanapę.
Spojrzała na stolik. Stała tam porcelanowa filiżanka — jedyna rzecz, jaka została po mamie. Biała, w niebieskie chabry.
Paweł wyciągnął rękę i strącił ją na podłogę.
Dźwięk był cichy. Prawie delikatny.
— Ups — powiedział i uśmiechnął się.
Do wioski Anna przyjechała trzy dni później. Autobus wlókł się po rozbitej drodze, pachniał ropą i mokrą ziemią. Wysiadła przy zakręcie z obdrapaną tabliczką i poszła pieszo — przez pole, potem wzdłuż lasu. Torba wpijała się w ramię, nogi grzęzły w błocie.
Pasieka powitała ją ciszą i równym brzęczeniem uli. Dom okazał się mniejszy niż w pamięci — przekrzywiony, z zabitym dechami oknem. Ale dach był cały.
Weszła do środka, odstawiła torby. Stół, ława, piec. Na ścianie zdjęcie dziadka z kimś jeszcze. Mężczyzna około czterdziestki, szeroki w barach, z ciężkim spojrzeniem.
Wyszła na podwórze i przysiadła przy ulach. Patrzyła, jak pszczoły krzątają się — pracowite, bez pośpiechu. Nagle zrobiło jej się lżej.
— A pani czyja? — odezwał się niski, chropowaty głos.
Anna zerwała się na równe nogi. Obok stał ten sam mężczyzna ze zdjęcia. Tylko starszy. I z kijem w ręku — nie do podpierania, lecz tak, jakby mógł nim uderzyć.
— Jestem… wnuczką Eugeniusza.
Patrzył długo. Potem skinął głową.
— Konrad. Doglądałem tu pasieki. Dziadek mówił, że przyjedziesz.
— Mówił?
— Zanim odszedł. Mówił.
Konrad utykał — lewa noga jakby mu nie służyła.
— Ja nie umiem — powiedziała Anna. — Z pszczołami. W ogóle.
— Nauczy się pani — rzucił. — Albo sprzeda?
— Nie wiem.
— To nie przeszkadzajcie — odwrócił się i poszedł do szopy, nawet nie oglądając się za siebie.
Paweł zadzwonił wieczorem.
— No i jak tam, na zadupiu? Już gotowa wracać?
— Nie.
— Daj spokój, nie wygłupiaj się. Mam kupca. Dobra cena. Podpiszesz papiery i wracasz.
— Nie chcę sprzedawać.
Zamilkł. Potem zaśmiał się krótko, złośliwie.
— Zwariowałaś tam? Myślisz, że ktoś będzie znosił twoje fochy?
— Nie wiem, Paweł — Anna poczuła nagle, jak coś w niej pęka. — Ale tutaj nikt nie mówi mi, że jestem pustakiem.
Rozłączyła się. Ręce jej drżały.
Po pół godzinie przyszła wiadomość. Z nieznanego numeru. Wideo. Na nim — Paweł. Skrępowany. W jakiejś piwnicy. Obok facet w masce.
Twój mąż jest winien…
